Rozmawiajcie z Chińczykami jak przyjaciele

Rozmowa z Tseringiem Tashim, londyńskim przedstawicielem tybetańskiego rządu emigracyjnego. Przeprowadziłem ją 12 lutego, tuż jego wizycie dyplomaty u wicemarszałka Sejmu Stefana Niesiołowskiego. Za pomoc w zorganizowaniu tego spotkania dziękuję p. Ewie Kędzierskiej, która jest sekretarzem parlamentarnego zespołu ds. Tybetu.


Tsering Tashi

Konrad Godlewski: Jak wygląda obecnie sytuacja w Tybecie?
Tsering Tashi: Z punktu widzenia turysty nie jest źle, bo miasta się rozwijają. Można zwiedzać świątynie, oglądać mnichów. Ale wystarczy spojrzeć głębiej, by dostrzec, że Tybetańczycy pozbawieni są wolności wyznania i słowa. Zalewa nas fala migracji z Chin, która sprawia, że stajemy się nieznaczącą mniejszością we własnym kraju.
Jeżeli ten trend się utrzyma, to pewnego dnia nasza kultura i tożsamość znikną. Najciężej doświadczona jest religia. We wrześniu Pekin wprowadził kuriozalne prawo, w którym uzurpuje sobie przywilej zatwierdzania reinkarnacji lamów. Nasz ojczysty język ma w szkołach drugorzędny status, nie możemy też uczyć dzieci naszej religii. Niepokorni są zamykani w więzieniach. Nic dziwnego, że każdego roku dwa, trzy tysiące ludzi uciekają z Chin przez granicę w Himalajach. Wielu ginie od mrozu, część zabijają chińscy strażnicy graniczni.

Co zmieniło otwarcie kolei tybetańskiej?
Jest obecnie za wcześnie, by mówić, że kolej Tybetowi pomaga czy też szkodzi. Ekologicze czy społeczne konsekwencje tej budowy poznamy dopiero za kilka lat. Warto podkreślić jednak, że sami Chińczycy uznają budowę tej linii za „decyzję polityczną”, podkreślał to nawet sam Jiang Zemin, poprzedni przywódca komunistycznych władz. Pociągi zwiększają napływ Chińczyków. Dziś Tybetańczykom coraz trudniej znaleźć pracę, bo najlepsze posady są zarezerwowane dla przybyszów, którzy kolonizują miasta. W Lhasie, stolicy Tybetu, na jednego tubylca przypada już trzech Chinczyków [1]. To bardzo zmienia nasze życie. Tybetańczycy to ludzie prości i życzliwi, ale pod wpływem Chińczyków stają się bardziej agresywni.
Nasza religia każe nam ograniczać zabijanie do minimum, bo wierzymy, że
każda dusza jest ważna. Dlatego zabicie jednego jaka to mniejsza szkoda, niż zabicie kilkunastu krewetek. Tymczasem pod wpływem Chińczyków Tybetańczycy zaczynają jeść owoce morza i lekceważyć tradycję, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia.

Co ludzie w Tybecie sądzą o olimpiadzie?
Chcieliby, by stała się ona okazją do zrozumienia naszej sytuacji, zarówno przez cudzoziemców, jaki i Chińczyków. By poprawiła przestrzeganie praw człowieka i zachęciła rząd w Pekinie do pozytwnej odpowiedzi na politykę Dalajlamy, określaną jako tzw. droga środka. Wśrod chińskich intelektualistów jest coraz więcej ludzi, którzy to rozumieją, okazują nam poparcie.

Kiedy rok temu byłem w McLeod Ganj, gdzie działa tybetański rząd na wychodźstwie, odniosłem wrażenie, że władze Tybetu są rozdarte, nie bardzo wiedzą, jak zareagować na olimpiadę. Ostatnio przeczytałem, że Dalajalama zwrócił się o organizację pokojowych protestów.
To niepoprozumienie, które wzięło się wywiadu, jakiego Jego Świętobliwość udzielił brytyjskiej telewizji ITV. Kiedy zapytano go o protesty planowane przez niektóre tybtańskie grupy, odpowiedział, że trzeba Chińczyków uświadamiać co do sytuacji w Tybecie. Stacja podała, że „Dalajlama prosi o prtotesty”, chociaż to nieprawda.
Chodzi bowiem nie o to, by dążyć do konfrontacji z Chińczykami, leczy by
z nimi wchodzić w dialog. Tłumaczyć, że poprawiając sytuację w Tybecie,
poprawiają wizerunek swojego kraju. Podkreślam, że w naszej społeczności na uchodźstwie panuje demokracja. Rząd ma swoją politykę, a rozmaite organizacje, jak Kongres Młodzieży Tybetańskiej, swoją.

Jak przebiegają rozmowy między wysłannikami Dalajlamy a chińskimi władzami?
Piłka jest obecnie po chińskiej stronie. Niestety, nie ma żadnych sygnałów, że Pekin cokolwiek chce zmienić. Z naszego punktu wiedzenia najlepszym rozwiązaniem byłaby rzeczywista autonomia dla Tybetu w chińskich granicach. Autonomia pozwalająca nam zachować i rozwijać naszą kulturę i religię. To jest właśnie tzw. droga środka, która tylko wzmocniłaby Chiny na arenie międzynarodowej.

Z tego co mi wiadomo, rozmowy utknęły w martwym punkcie, bo rząd tybetański nie chce pogodzić się z faktem, że historyczne ziemie Tybetu są w ramach Chin podzielone na TAR i kilka chińskich prowincji.
Dalajlama nie prosi o przywrócenie Tybetu w historycznych granicach, ale o to, by tybetańska kultura mogła być chroniona na całym tym obszarze. To zupełnie inna sytuacja, niż gdybyśmy się domagali niepodległości.

Czy zgodzi się Pan, że olimpiada ostatni moment dla Tybetu by zawalczyć o swoje prawa? Goszcząc Igrzyska Chiny wzmocnią jeszcze swój wizerunek na świecie i trudniej będzie na nie wpłynąć.
To dobry moment, ale wcale nie ostatni. Indusi przez dwa wieki zabiegali o niepodległość, a ile czekaliście wy, Polacy? Tybet jest dziś pod totalitarną kontrolą, ale to wcale nie musi trwać wiecznie. Coraz więcej Chińczyków rozumie naszą sytuację.

Co zwykły Chińczyk wie o Tybecie? W Wielkiej Brytanii, gdzie pan
urzęduje jest kilkadziesiąty tysięcy studentów z Państwa Środka.

Kiedy przygotowuję wystąpienia o Tybecie na brytyjskich uniwersytetach, organizatorzy często uprzedzają mnie, że przyjdą wrogo nastawieni Chińczycy. Z takimi ludźmi staram się rozmawiać, odpowiadam na wszystkie ich pytania. Chińczycy z chińskich mediów wiedzą tyle, że Tybet jest częścią Chin, a w 1950 roku został wyzwolony spod feudalnej władzy.
Opowiadam im wtedy o historii. Były bowiem takie czasy, że to Tybet był potęgą, najeżdżał i okupował chińskie ziemie. Opowiadam im o ludziach, którzy dziś uciekają przez Himalaje i proponuję im się zastanowić, dlaczego to robią.
Rozmawiam z nimi wreszcie o maskarze w Pekinie w 1989 roku. Ty i ja pragniemy tego samego – tłumaczę – wolności i szczęścia. Opowiadam wreszcie o moich rodzicach, którzy zginęli na skutek chińskiej inwazji, kiedy miałem pięć lat. Wówczas Chińczycy pochylają głowę i okazują mi sympatię, ściskają dłoń.

Jak ludzie w Polsce mogą pomóc Tybetańczykom?
Rozmawiajcie z Chińczykami jako przyjaciele. Podrzucajcie im prawdziwe, a nie propagandowe informacje o sytuacji w naszej ojczyźnie.

Rozmawiał Konrad Godlewski

[1] Według wikipedii proporcja ta w 2000 r. wynosiła 4:1 na korzyść Tybetanczyków. Aktualniejszych danych nie ma.