E-rowery podbijają Chiny

Chociaż coraz więcej Chińczyków przesiada się ostatnio do aut, miliony nadal pozostają wierne dwóm kółkom. Tyle, że… zelektryfikowanym.
Elektrowery i e-skutery to dynamicznie rosnący segment rynku. W 2001 roku produkowano w Państwie Środka tylko 200 tys. takich bicykli, a rok temu – już 22 miliony!
Szacuje się, że po chińskich drogach porusza się już 65 mln elektrocyklistów. Ta liczba ma szybko rosnąć, bo zalety e-roweru są liczne. Koszt użytkowania (tj. ładowanie akumulatora) jest porównywalny do korzystania z transportu miejskiego, tyle, że rower nigdy nie jest zatłoczony i się nie spóźnia. Poza tym, pozwala wszędzie dojechać i łatwo go zaparkować. No i nie zatruwa powietrza.
Elektower czy e-skuter jest tani. Trzeba za niego dać równowartość 250-450 dol., co nawet na chińskie realia nie jest wielkim wydatkiem. Koszt dziennego ładowania to 1 juan, czyli jakieś 40 polskich groszy. Po wyczerpaniu baterii, można pedałować samemu. No, chyba, że kupimy e-skuter, który nie ma pedałów.

Obecnie większość dwukołowców jeździ na ołowiowych bateriach starego typu, ale na horyzoncie czeka już litowo-jonowa rewolucja, która jeszcze zwiększy atrakcyjność tego środka komunikacji.
Chińscy producenci myślą o podboju światowych rynków. Elektryczne rowery są popularne m.in. w Holandii, Australii, Japonii, Wietnamie i Indiach. Światowa moda na ekologię zapewne jeszcze podkręci koniunkturę.
W Polsce rowerem jeździ się raczej dla zabawy, niż np. do pracy. Niemniej, ścieżek rowerowych przybywa, podobnie jak i uświadomionych ekologicznie zwolenników tej formy transportu. Na niekorzyść działa jednak klimat: Chińczycy są przyzwyczajeni do jazdy w deszczu, Polacy – raczej nie.
Na koniec reklamowy filmik o 随身跑 (Suishenpao), składanym eletrowerze:
PS











































Pedałuję sobie niedawno pod lekką górkę, a tu coś tylko świsnęło koło mnie – patrzę, babcia na rowerze. No, myślę, w tym wieku z taką kondycją… Dopiero po czasie skonstatowałem, że ma motorek
Motorek w rowerze?