Ńehaj narotofie fżty postronni snają…

Wszystko przez tego Holendra. Napiliśmy się wódeczki, zagryźliśmy śledzikiem i zaczęliśmy rozmawiać o krajach i obyczajach. Willem, z zawodu spedytor, widział na tym świecie to i owo, i mimo pięciu krzyżyków na karku chętnie podjął temat… internetowego slangu.

Trudno mi sobie wyobrazić, by polski spedytor, prawnik, czy nawet dziennikarz w tym wieku miał podobne fascynacje. Słuchałem więc osłupiały, jak Willem rozwodzi się nad inwencją niderlandzkich internautów.

- A my mamy wszystko z angielskiego… – jęknąłem smutno, gdy Holender zbierał się już do wylotu. – LOL, BTW, IMHO… żadnego akronimu po polsku.

Od tego czasu dręczy mnie pytanie: czemu coś takiego jak polski slang internetowy w zasadzie nie istnieje?

***

Niedawno Wojtek Orliński pastwił się na swoim blogu nad Włatcami Muh, ogłaszając wszem i wobec, że na nich plwa. Z początku się z nim zgodziłem: autorzy serialu (a obecnie i filmu) sieją zamęt w głowach polskich licealistów i gimnazjalistów, przyzwyczajając ich do łamania norm pisowni. We wszystkich szkołach poloniści powtarzają jak refren: znajomość ortografii z roku na rok jest coraz gorsza.

Tylko czy to jest wina serialu? Może autorzy po prostu wykorzystali „kreatywną” ortografię, by zwiększyć atrakcyjność swego produktu?

Po namyśle dochodzę do wniosku, że samo zjawisko jest znacznie starsze od „Włatców”. Mojej generacji kojarzy się ono najlepiej z epizodem w przygodach Tytusa, Romka i Atomka. Jak pamiętamy, w księdze o gwizdolocie Tytus musiał przepisać Tuwimowską „Lokomotywę”.

Z kolei widownia Włatców Móch zna kreatywną ortografię z wpisów słynnego trolla Jasia Śmietany na forum Onet.pl (kto nie zna jeszcze Jasia, polecam: yi, er, san, si).

Uwaga Wojtka, jakoby serial jakoś szczególnie demoralizował dziatwę szkolną na odcinku ortografii, wydaje mi się – jakby to ujął Jasu Śmietana – bes sęsu. Sam internet robi to bowiem znacznie skuteczniej, a wszystkie współczesne dzieciaki, jak wiadomo, siedzą w necie.

(Dodaję: z resztą „plwania” zgadzam się w całej rozciągłości: Włatcy to nieudana kopia South Parku).

***

Dochodzimy do sedna tego postu, którym jest hipoteza: sieciowa dysgrafia to druga strona medalu. Na awersie tegoż krążka jest wypisana językowa kreatywność. A bez niej nie ma internetowego slangu.

W anglojęzycznej sieci oba zjawiska są splecione. Z jednej strony mamy pożyteczne akronimy w rodzaju ASAP, które bez popitki łyka nasza ojczyzna-polszczyzna; z drugiej strony – lolspeak, pełen nieprzekładalnych na polski błędów gramatycznych i ortograficznych (w stylu: why ur hed just asplode? wuz it my cuteness? sry)

Oba te zjawiska łączy beztroska zabawa językową materią, a także lenistwo i pośpiech. Wystukując SMS-a piszemy po prostu LOL i już wiadomo, że nam do śmiechu. Stukamy CMN, i już wiadomo, że mamy na myśli „come on”. Zabawa może prowadzić do oszałamiających efektów: na lolspeak przerobiono już np. Odyseję i Biblię (Blessinz of teh Ceiling Cat be apwn yu!).

Internaucie, dla którego polski jest jedynym językiem, trudno to sobie wyobrazić. U nas wpływ nowego medium ogranicza się do „pokolenia W-P”, które trafnie opisał Kuba Kumoch. Żeby było krócej, młodzi Polacy piszą „Witam” (zamiast „Szanowny Panie”) i „Pozdrawiam” (zamiast „Z wyrazami szacunku”).

***
Czemu polski internauta ma tak mało językowej inwencji?

Tu pod pręgierzem stawiam Wojtka Orlińskiego – za makaronizmy, a w zasadzie fiszendczipizmy, lub wręcz hamburgeryzmy. Jako wierny czytelnik „Ekskursji w dyskursie” z początku zachwycałem się wtrąconym tu i ówdzie angielskim słówkiem: flejm, ficzer, honorejbl menszyn czy lurknąć. To z pozoru ta sama ligwistyczna zgrywa, która stworzyła lolspeak. Znajdziemy ją też u innych blogerów, m.in. u słynnego i wpływowego Barta.

Jednak kiedy WO doszedł do „dżampowania szarka” uświadomiłem sobie, że tego rodzaju przeklejanie angielszczyzny to tłumik językowej kreatywności. Sprawia, że nigdy nie powstanie prawdziwa polska sieciomowa, a jedynie netspeak.pl

Tu nie chodzi tylko o mego szacownego kolegę. Bo wszyscy jak jeden mąż zapatrzeni jesteśmy w angielski wzorzec jak sroka w gnat. Gdy przychodzi nazwać jakieś nowe zjawisko czy rzecz, to zamiast pomęczyć się trochę, wykonujemy CRTL+C / CTRL+V.

To wydumany problem – powie ktoś. A ja zaprawdę powiadam: NIE!

Bez kreatywności polski po prostu zacznie odstawać od innych języków, głównie od angielskiego. Straci w ten sposób zdolność opisu nowych zjawisk. Wyhodowany – nie przeczę – na łacinie język Reja i Kochanowskiego zdechnie wraz z globalizacją, stanie się kompostem, na którym wyrośnie jakiś polgliszowaty pidżin.

I już nigdy nie doczekamy się takiego pisarza, jak choćby Stanisław Lem, który potrafił sypać jak z rękawa POLSKIMI neologizmami: elektrycerz, kobietron, sepulka.

Cała nadzieja w dzieciakach, które dziś oglądają Włatcuf Móh. Może kiedyś wreszcie dorosną i obwieszczą światu:

Ńehaj narotofie fżty postronni snają, isz polacy ńe gensi i sfuj jensyk majom.

wykop.pl

Komentarze (2)

jazzy11 marca 2010 at 10:13 pm

‘I już nigdy nie doczekamy się takiego pisarza, jak choćby Stanisław Lem, który potrafił sypać jak z rękawa POLSKIMI neologizmami: elektrycerz, kobietron, sepulka.’ – Jacek Dukaj ?

Konrad Godlewski3 czerwca 2010 at 12:51 pm

Dukaj to jeszcze moje pokolenie, a nawet jest ciut starszy. On na pewno czytał Tytusa i inne tam takie.

To, co tygrysy lubią najbardziej

Wstukaj komentarz. Możesz używać HTML, łącznie z linkami.
Następnie kliknij "wstaw komentarz".
Twój wpis będzie widoczny po odświeżeniu strony.

Podgląd: