Wrzód niepamięci
Wygląda na to, że ja i Maria jesteśmy z punktu widzenia chińskich władz groźniejsi, niż Adam Michnik i Helena Łuczywo, bowiem dostali oni wizy na imprezę, na którą mnie odmówiono prawa wstępu. Głowię się nad sensowną interpretacją tego faktu, ale nie jestem w stanie nic mądrego wydedukować.
Żeby było ciekawiej, w sobotę Adam Michnik spotkał się z chińskimi dysydentami i internautami w jednej z pekińskich księgarni. Spotkanie z pewnością przypomniało mu dawne lata: był papierosowy dym i długa rozmowa o tym, jak stawiać czoła reżimowi i prowadzić transformację ustrojową. Podobnie jak majowy wywiad z Dalajlamą (+link), rozmowa była tłitowana, a co celniejsze cytaty były po wielakroć powtarzane w serwisach mikroblogowych. Polski soft power wśród najodważniejszych i najmądrzejszych Chińczyków wzrósł – i z tego trzeba się cieszyć.
Powoli będę wracał do normalnego blogowania, stąd tytuł tej notki.
Najpierw jednak refleksja, która naszła mnie po przetłumaczeniu rozmowy Michnika: zapomnieliśmy, ile zawdzięczamy polskiej opozycji. Okrągły stół, choć materialnie ustawił aparatyczków, pozwolił na bezkrwawy demontaż komuny. To jest wielka wartość w polskiej historii i jedna z niewielu płaszczyzn, na których Polska może jeszcze imponować Chińczykom.
A już odchodząc od spraw wielkich, to LA Times opublikował bardzo fajny tekst o tym, że Chińczycy zapominają jak się pisze krzaki. Wszystko przez telefony, komputery i inne maszyny, które nie każą im stawiać kresek.
Chińczykom – tudzież laołajom uczącym się chińskiego – nie pozostaje zatem nic innego, jak chwycić za pędzel, lub chociaż za długopis, i zacząć kaligrafować, kaligrafować i kaligrafować. Kiedyś robili w Chinach to wszyscy literati, a sam Przewodniczący Mao ćwiczył pamięć – wyczytałem to kiedyś w biografii dra Li Zhisuia – na Śnie Czerwonego Pawilonu.
A ja dziś polecam oczywiście rozmowę Michnika. Można ją znaleźć np. tu.











































Wygląda na to, że rzeczywiście jesteście groźniejsi niż dawni polscy dysydenci. A może po prostu ich taki zakaz by nie dotknął. Tak czy inaczej współczuję.
Odnośnie tego artykułu z o pisaniu znaczków – zastanawiam się, czy zapamiętywanie według składowych znaku zamiast zapamiętywania ruchu ręką nie jest trwalsze. Składowe znaków 香波 są proste: perfuma to kłos nad słońcem a fala to woda i skóra, przypuszczam, że bohater tego artykułu pamiętał jak je zapisać, tylko może nie skojarzył tego w ten sposób, nie uświadamiał sobie jakie są składowe znaku perfuma i fala. Ale to jest bardziej ogólne pytanie: jak uczący się chińskiego (Chińczycy i cudzoziemcy) zapamiętują znaki.
Może lepiej by je pamiętali, gdyby wprowadzali nie transkrypcję w pinyin, tylko sekwencję kresek. W google pinyin inputer można znak narysować używając liter u (na początku), p, n, h, s, z. Gdyby jeszcze zmapować jakieś klawisze do często używanych kluczy to może byłby to całkiem wygodny sposób pisania zapewniający zapamiętywanie znaków.
Istnieją metody oparte na kolejności kresek (na przykład Cangjie), ale nie są popularne, bo wymagają treningu, są tylko przybliżeniem pisania odręcznego i nie są wcale szybsze niż pinyin z listą homofonów. Metody fonetyczne – jak używany nadal na Tajwanie zhuyin – są bardziej ekonomiczne w nauce i użyciu, dlatego zawsze będą wygrywały.
Nie ma lepszej metody zapamiętywania znaków, niż pismo odręczne – taki już urok chińszczyzny. Fajne są natomiast rozwiązania, które pozwalają wprowadzać znaki tą drogą. Ja z tego powodu bardzo cenię np. Nciku. Ile to się razy człowiek nagłowił, jak tu wyszukać krzak po kluczach. A w Nciku wystarczy znak po prostu przepisać.
Moim skromnym zdaniem, kaligrafia ćwiczy rękę, pamięć i… wyrabia w człowieku pokorę.
Nciku jest świetne, choć jeśli człowiek odgadnie poprawną sekwencję rysowania nieznanego znaku, to w Google Pinyin Inputer szybciej znajdzie się znak. Z tego artykułu zdziwiło mnie zdanie:
„By the time students are 15, they will have spent about four to five hours per day over nine years learning to write a minimum of 3,000 characters.”. 4 godziny dziennie razy 365 dni w roku razy 9 lat daje 13 tys. godzin, więc trwałe opanowanie jednego znaku zajmuje ponad 4h ćwiczeń. Nawet jeśli ten czas jest z reguły mniejszy bo 3000 znaków to minimum, w wakacje nie ćwiczą a dorośli uczą się szybciej niż dzieci to i tak wychodzi dużo na znak. No, ale może to jest temat razej na sinoforum – jak to zrobiliście, że poznaliście pismo chińskie nie tracąć na to pół życia
„Jest tych znaków nie tak wiele,
Ze czterdzieści coś tysięcy,
Więc się krótko będzie uczył,
Sto lat może, lecz nie więcej”
A tak na serio: są ludzie, którzy potrafią się nauczyć kilkudziesięciu języków. Opanowanie 3000 znaków to naprawdę nie jest takie wielkie wyzwanie. Trzeba po prostu siąś i kuć. Na jeden krzak wcale nie potrzeba aż 4 godzin. Te najprostsze, np. 人, 木, 日, 马, można opanować w 10 minut. Te trudniejsze wystarczy raz na jakiś czas powtówrzyć.
Znaki nie są jak litery – że każdy jest inny. Większość z nich składa się powtarzalnych elementów semantycznych i fonetycznych, których jest tylko kilkaset.
Ja jako samouk wciąż wierzę, że chińskiego da się nauczyć. Co prawda 3 lata chodziłem na korepetycje, ale teraz sam szlifuję. Kaligrafia, kieszeń pełna karteczek ze znakami, strony takie jak nciku czy http://www.mdbg.net , podcasty, youtube i oczywiście chęci.
Wracając do głównego wątku – moim zdaniem tłumaczenie tekstów polskich opozycjonistów na chiński to wielka rzecz. Szacun. Dla mnie to równie dobra, o ile nie lepsza droga do zmian niż petycje i pikiety (choć i te mają swoją rolę). Otwieranie umysłów i edukacja zawsze przynosi lepszy rezultat niż mówienie obywatelom innego kraju, że u nich jest źle i muszą się zmienić. To budzi naturalny sprzeciw. Tylko jeśli ogół Chińczyków będzie chciał zmian, one nastąpią.
Jako samouk zgadzam się z suiseki co do obu kwestii. Trzeba Chińczyków inspirować, ale nie pouczać.
Gdyby nie ta składalność znaków to bym się w ogóle ich nie uczył, dzięki niej nauka jest nie tylko prostsza ale i atrakcyjniejsza – jak eksplorowanie jakiejś abstrakcyjnej przestrzeni. Natomiast nie przestaje mnie intrygować, czemu Chińczykom tyle czasu zajmuje nauka ich własnego pisma, może ich system nauki jest nieefektywny.
„Tylko jeśli ogół Chińczyków będzie chciał zmian, one nastąpią.”
To jest troszeczkę naiwne. Nawet w demokracjach bywa, że rządy postępują inaczej, niż sobie tego życzą obywatele (co widać w badaniach opinii), a kiedy przychodzą wybory, na odkręcenie pewnych spraw może być już za późno. Tym bardziej w systemie autorytarnym.
Do tego nie udawajmy, że chińska władza pozwala obywatelom myśleć co chcą i wyrażać to swobodnie. Program nauczania nastawiony jest na malowanie wizji jednych Chin od pięciu tysięcy lat, które muszą być rządzone autorytarnie, bo inaczej przepadną, itd., a władza jak może stara się utrudniać swobodny przepływ opinii. „Chęć zmian” musi dać się jakoś wyrazić, żeby nabrać mocy sprawczej.
No i widzę tutaj niebezpieczne postrzeganie „Chińczyków” jako jedności, włącznie z władzami. A przecież co innego zwykli obywatele, co innego decydenci, co innego wreszcie dysydenci. Z tymi grupami trzeba inaczej rozmawiać i w przypadku rządu potrafię sobie wyobrazić mówienie im wprost przez zachodnich liderów, co im się w działaniach Pekinu nie podoba – np. prześladowanie opozycjonistów. Jeszcze nie tak bardzo dawno Chiny wypuszczały z więzień dysydentów z okazji wizyt zachodnich przywódców. Teraz przetrzymują najwięcej dysydentów w histori ChRL i mają gdzieś zdanie Zachodu. Może właśnie dlatego, że takie opinie, jak Suiseki i rila osłabiły naszą „pozycję negocjacyjną”?