Niebezpieczne związki Chinki
Film, który wygrał ubiegłoroczny festiwal w Locarno, niektórzy odczytali jako metaforę najnowszych dziejów Chin. Ale czy portret młodej prowincjuszki bez szczęścia do mężczyzn rzeczywiście kryje w sobie aż taką głębię?
„Chinka” to film bardzo europejski – kameralny, realistyczny i w gruncie rzeczy niezbyt egzotyczny. Młoda dziewczyna imieniem Li Mei wegetuje gdzieś w chińskim interiorze, pracując w przydrożnym barze z bilardem. Kłóci się z matką i umawia na randki z przypadkowymi mężczyznami, nie snując żadnych planów na przyszłość. Dopiero kiedy jeden z adoratorów bierze ją przemocą, Mei zaczyna myśleć o wyjeździe.
Duże miasto – Chongqing – również nie przynosi jej stabilizacji. Wyrzucona z fabryki odzieżowej za fuszerkę, zostaje prostytutką i romansuje z czułym zakapiorem, który chomikuje grube pliki juanów pod materacem. Niestety, podczas wykonywania kolejnego „zlecenia” kochanek odnosi śmiertelne rany, a dziewczyna przejmuje jego skarb. I znów ucieka, tym razem do Anglii – bo spodobało jej się zdjęcie Big Bena w kalendarzu.
Uderzającą, europejską swojskość „Chinka” zawdzięcza reżyserce i scenarzystce – Guo Xiaolu. Kilka lat po ukończeniu słynnej pekińskiej filmówki w 1993 roku, autorka sama przeniosła się na Wyspy, gdzie studiowała w National Film and Television School. Choć film stanowi jej udany fabularny debiut, to Guo już wcześniej wyrobiła sobie markę kobiety-orkiestry. Od 13 roku życia jest pisarką (m.in. wydane w Polsce „Kamienna wioska” oraz „Mały słownik chińsko-angielski dla kochanków”), a po ukończeniu filmówki – dokumentalistką (m.in. pokazywana na Planete Doc Review „Betonowa rewolucja”).
Jak reżyserka sama podkreśla w wywiadach, „Chinka” ukazuje poniekąd jej własną drogę – od chińskiej wieśniaczki do mieszkanki Zjednoczonego Królestwa. Oczywiście bohaterka filmu jest prostą dziewczyną, ale z autorką łączy ją pewna bezkompromisowość, pragnienie pozostawania w zgodzie z własnym wewnętrznym głosem.
Guo potrafi krytycznie spojrzeć na wszystkie etapy swego życiorysu – ciekawego i reprezentatywnego dla najnowszego pokolenia chińskich artystów, dla których pomieszkiwanie na Zachodzie stało się punktem obowiązkowym. Choć w swoich dokumentach z krytycyzmem ukazuje chińskie przemiany gospodarcze i społeczne, to docenia ich wagę. W jednym z wywiadów mówiła, że lepiej czuła się na studiach w Pekinie, niż w Anglii. Bo na Wyspach prezentowano nazbyt rzemieślnicze podejście do sztuki filmowej, podczas gdy w Chinach nadal ceni się artyzm.
Z drugiej strony Guo kontestuje dokonania swoich słynnych starszych kolegów z uczelni w Pekinie, tj. Zhang Yimou czy Chen Kaige, o których mówi, że ich kino cierpiało na nadmiar egzotyzmu i polityki. W swej twórczości walczy więc ze stereotypowym postrzeganiem relacji chińsko-europejskich, choć nie uchroniło to jej samej przed wciągnięciem w tryby klisz – na przykład w recenzji „Guardiana” pochwalono film za „odkrywczy scenariusz o miejscu Chin w globalnej wiosce”.
To prawda, że filmowa Li Mei – podobnie jak Chińska Republika Ludowa – przeżywa dramatyczne i niespodziewane wzbogacenie, które każe jej szukać nowego miejsca w świecie. Przekroczywszy granicę Europy, nie potrafi się porozumieć ani ze stetryczałym angielskim wdowcem Huntem, który mógłby tu symbolizować upadający Zachód; ani z przystojnym muzułmańskim imigrantem z Indii Rachidem, który – analogicznie – byłby uosobieniem ambitnego sąsiada Chin, a zarazem świata islamu, z jego fundamentalistycznymi osobliwościami (dziewczyna nie może się nadziwić, czemu Rachid nie jada tak lubianej przez Chińczyków wieprzowiny). Tę interpretację dopełnia finał, który zostawia widza w irytującej niepewności, a nawet w poczuciu oburzenia na beztroskę bohaterki.
Jeśli jednak odłożymy na bok nadal nieuniknione odniesienia do europejskiej tradycji postrzegania Państwa Środka i całego Orientu, to „Chinka” jawi się przede wszystkim jako żywy, realistyczny portret młodej imigrantki, kipiący erotyzmem i urzekający nieprzewidywalnością fabuły. To także niepokojące studium możliwości i zagrożeń, jakie niesie mieszanie się kultur dla życia prywatnego. Identyczna historia mogła się przecież przydarzyć jednej z tysięcy polskich dziewczyn, które wyjechały na Wyspy.
PS
Film Guo Xiaolu ma jedną, dużą zaletę – ścieżkę dźwiękową. Gra m.in. słynny pekiński punkowy girlsband Hang on The Box (挂在盒子上). O dziewczynach jeszcze kiedyś napiszę, a dziś wrzucam jeden ich kawałek (niestety piosenka „What is now” umieszczona w filmie jest w sieci słabo dostępna).











































Nazwa tej kategorii „veni, vidi, scribi” ma chyba błąd. Czas przeszły od „scribere” jest „scripsi”. Jak w słowach Piłata: „Quod scripsi, scripsi” – „Com napisał, napisałem”. „Scribi” znaczy chyba: „jest pisany” (infinitivus praesentis passivi).
Wielkie dzięki.
Widze, ze film mial w piatek premiere w Polsce. Nie wiesz, gdzie mozna go zobaczyc?
Zwykle sprawdzam tutaj. Wychodzi na to, że w W-wie „Chinkę” pokazują tylko Muranów i Kinoteka.