Translatoryka ludowa (odc. 7)

Wiecie gdzie leży Szenzen? Ja nie wiem, ale się domyślam: gdzieś koło Fenjanu.

Dawno temu Polacy usłyszeli, że istnieje bratnia Korea Północna. Wszystko oczywiście przez Ruskich, którzy nam tę przyjaźń z KRLD zasugerowali. Ponieważ liczba koreanistów w Polsce zbiegała w owym czasie do analogicznej liczby Marsjan, w kwestii bratnich nazw północnokoreańskich przyjęliśmy pisownię rosyjską. Oni piszą Пхенья́н, no to my zaczęliśmy pisać Phenian (wym. Feńjan!). Jakoś umknęło naszej uwadze, że w rosyjskiej pisowni stało Пхёнъян, więc na chłopski rozum powinniśmy mieć Phionian.

Phenian był uważany za jedyną poprawną formę jeszcze do niedawna, kiedy – po całych dekadach fikcji – GUGiK zaproponował wreszcie znacznie bliższą oryginałowi i transkrypcjom zagranicznym pisownię Pjongjang. Dzięki kilku rozsądnym redakcjom (Wyborcza) oraz Wikipedii, forma ta powoli rozpowszechnia się w polszczyźnie i miejmy nadzieję, za jakieś – powiedzmy – 50 lat wyprze rosyjskiego potworka.

Samo zjawisko zapożyczania-jak-leci trwa jednak w najlepsze, tyle, że nowe potworki biorą się m.in. z transkrypcji pinyin. Dzięki Guglowi niedawno odkryłem, iż w polszczyźnie upowszechnia się nazwa Szenzen. Nie wiecie gdzie to jest? Pod Hongkongiem. Szenzen to nic innego jak Shenzhen (wym. Szen-czen), spolszczony „jak się komu wydawało”.

Ponieważ w angielskich złożeniach typu „zhen” h bywa zwykle nieme (zmienia za to wymowę sąsiadującego z nim e), lud polski z „zhen” zrobił „zen”. No i Szenzen powoli staje się formą powszechnie uważaną za poprawną. Piszą tak nawet w gazetach:

Delikatnie odpytuję klientów siedzących przy zastawionych stolikach, skąd przyjechali. Szanghaj i Pekin, ale może i południe Kanton, Szenzen? (Rzeczpospolita, 29 maja 2010)

Symboliczną wymowę miał triumfalny wjazd do Hongkongu żołnierzy na ciężarówkach, ale realnie istotniejsza była wymowa dynamicznego rozwoju pobliskiej specjalnej strefy gospodarczej w Szenzen. (Wprost, 1/2000)

Główne centra badawcze Lenovo znajdują się w Jamato w Japonii, w Pekinie, Szanghaju i Szenzen w Chinach oraz w Raleigh w Północnej Karolinie w USA. (Gazeta Praca, 15 maja 2008)

Całe zjawisko językowe możemy nazwać translatoryką ludową, przez analogię do tzw. ludowej etymologii. Polega ono na tym, że napotkawszy nowy, obcy wyraz, ludziska szukają dlań podobieństw. I tak wprowadzona niegdyś „zebra” (przejście dla pieszych), była na polskiej prowincji znana jako „żebra”. Bo zebry nikt na oczy nie widział, a „żebra”, to panie dziejku, przy każdym świniobiciu.

Pole do popisu dla translatoryki ludowej jest w Chinach nie tyle co ogromne – jest po prostu ogromniaste! Już kiedyś słyszałem jak z Qufu (ojczysta miejscowość Konfucjusza), ktoś zrobił Kufu. Kiedyś ktoś inny wpisał do wikipedii tzw. baksi, powołując się na jakiegoś polskiego autora, który – w książce! – napisał o tym chińskim sporcie, tłumacząc pinyin jakby to był angielski.

I to wszystko się dzieje w czasach, kiedy w wikipedii każdy może dotrzeć do informacji o pinyinie jednym kliknięciem myszki, a każda sinologiczna książka zawiera krótkie objaśnienie „czym to się je”. Wniosek: ludzie nie czytają książek, a w Wikipedii skanują wzrokiem tylko nagłówki.

Może poprawna wymowa obcych nazw powinna w programie języka polskiego?

wykop.pl

Komentarze (16)

m19 czerwca 2010 at 3:45 pm

nawet redaktorzy, którzy mienią się specjalistami od Chin, potrafią w jednym artykule pisać o „Sinkiangu”, „Fukien” i , już po bożemu- o Guangzhou. lol

Konrad Godlewski19 czerwca 2010 at 4:35 pm

Sęk w tym, że nie ma jednej normy. Gdyby na przykład kierować się zaleceniami GUGiK-u, to mamy Sinkiang i… Fujian. Używanie starych form od biedy jeszcze można zrozumieć, ale takie spolszczanie bez pojęcia – już nie.

YLK19 czerwca 2010 at 6:22 pm

Mam dziwne wrazenie, ze wiele z potworkow chinskich ma korzenie w latach 50tych i 60tych, gdy tworzylismy wlasna, polska ludowa transliteracje j.chinskiego – mam wrazenie, ze wspouczestniczyl w tym M.Kunstler. Jego „Dialogi Konfucjanskie” – pomijajac fakt, ze ksiazka byla nudna potwornie – nafaszerowane sa zapisami nie do rozszyfrowania – mimo, ze pinyin juz wtedy istnial i mial sie calkiem niezle. No ale Polak potrafi…

Konrad Godlewski19 czerwca 2010 at 8:19 pm

Polska sinologia przez długi czas rozwijała się w izolacji od Chin, bo nie było szans wyjechać na stypendium, a w przeciwieństwie do krajów Zachodu – w grę nie wchodził również Tajwan, ani nawet kontakt z chińską diasporą.

Stąd – w moim przekonaniu – wzięło sie zapatrzenie w sprawy dawno minione, dostępne w tekstach źródłowych i sinologicznych publikacjach. Prof. Kunstler w swoich pracach trzymał się wymowy historycznej, np. hia zamiast xia, kin zamiast jin itd. To ma sens naukowy, ale nie przy popularyzacji albo objaśnianu Chin dla laików, u których powoduje tylko niepotrzebny zamęt.

Gorzej, że wpływ tej filozofii rozciąga sie właśnie na GUGiK, np. lansowanie pisowni Sinkiang zamiast Xinjiangu, w momencie gdy np. Anglicy zamienili Peking na Beijing.

Natomiast usilne spolszczanie wszystkich azjatyckich nazw to jeszcze inne zjawisko.

YLK20 czerwca 2010 at 8:08 am

Konrad, urodzilismy sie sporo po latach 50tych, ale mam wrazenie, ze kontakt polsko-chinskie byly wowczas dosc szerokie – istnialo Towarzystwo Przyjazni, ludzie jezdzili nas studia, wydawano ksiazki, organizowano wystawy, istniala sinologia w Warszawie. Mysle, ze jak na tamte czasy wymiana kulturalna byla znaczaca. Dlatego trudno mi zaakceptowac opor starej generacji polskich sinologow przed przyjeciem Pinyinu czy tez Wade-Gilesa, szczegolnie w latach 80tych, gdy „Sprawa Konfucjusza” Kunstlera byla wydana. I mam wrazenie, ze chaos spowodowany istnieniem wielu transliteracji objawia sie zjawiskiem, o ktorym piszesz w artykule.
Ten artykul o tym balaganie wspomina:
http://www.naukowy.pl/encyklopedia/Polska_transkrypcja_sinologiczna

Konrad Godlewski20 czerwca 2010 at 8:57 am

Byłem niedawno na spotkaniu z Prof. Bogdanem Góralczykiem, który bez ogródek mówił, iż lata 50. to był najlepszy okres w stosunkach polsko-chińskich. Z entuzjazmem zabrano się wówczas za tworzenie warszawskiej sinologii, o bratnich Chinach pisały gazety. Jako student dziennikarstwa przeglądałem kiedyś stare numery „Po prostu” albo „Trybuny Ludu”, w których piano z zachwytu nad ChRL.

A potem, po rozłamie radziecko-chińskim w roku 60., bajka raptownie się skończyła. Elżbieta Dzikowska, która została mgr sinologii w latach 50., mogła Chiny oglądać wyłącznie na zdjęciach w miesięczniku „Chiny”, który zresztą zamknięto w 1964 roku (i dlatego zainteresowała się Ameryką Płd., poznając w końcu Tony’ego Halika). Dla polskich sinologów była to lekcja realizmu socjalistycznego: najlepiej się nie wychylać. Jak mieli zaakceptować pinyin, skoro był to wymysł wariatów Mao Zedonga? Zresztą same Chiny, zaczęły na dobre promować tę transkrypcję dopiero po przystąpieniu do ONZ.

W okresie rewolucji kulturalnej komunistyczne Chiny były w Polsce demonizowane chyba nawet bardziej, niż na zgniłym Zachodzie. Moskwa chciała pokazać, że Chińczycy stracili kontakt z rzeczywistością obozu socjalistycznego i nasi to realizowali. W książce Stanisława Głąbińskiego, który jako korespondent PAP siedział w ogarniętym rewolucją Pekinie, jest tylko jedna poruszająca scena – kiedy Chińczycy wywalają na ulicę personel ambasady ZSRR.

Głąbiński nie widzi dramatu bratobójczej walki. W jego relacji nie ma w ogóle mowy o chińskich ofiarach rewolucyjnego szaleństwa. Z założenenia, Chińczycy mieli być dziką, nieokiełznaną azjatycką masą i tak zostali opisani.

I tak pozostało do upadku ZSRR. Z braku wymiany, PRL cierpiał na deficyt kadry sinologicznej. Kiedy w pierwszej połowie lat 80. trzeba było obsadzić placówkę w Kantonie, musieli sięgnąć po Kajdańskiego, który urodził sie w burżuazyjnym Harbinie i nigdy nie należał do partii. Kiedy zaczął informować, że w pobliskim Shenzhenie dzieją się rzeczy wiekopomne i cały świat otwiera konsulaty w Kantonie, nasi zlikwidowali placówkę, a Kajdański wrócił do domu.

Mogę więc zrozumieć, że polscy sinolodzy po prostu musieli uważać z informowaniem o zmieniających sie Chinach. Każda informacja o chińskich postępach, nawet głupie wprowadzenie pinyinu, mogło być odczytane jako sprzyjanie adwersarzowi ZSRR.

Poza tym, w międzyczasie sinolodzy okopali się na swoich pozycjach. Kunstlerowi, który przez lata udowadniał, że można być sinologiem nie jeżdżąc do Chin, trudno było naraz dokonać wolty i zmienić poglądy.

Artykuł, który linkujesz sam założyłem :-)

Polska transkrypcja języka chińskiego

Nie jestem z niego zadowolony, bo permanentnie brak mi czasu, żeby pójść do biblioteki i porządnie pogrzebać. Na szczęście, inni wikipedyści mocno go ulepszyli.

Pozdrawiam!

YLK20 czerwca 2010 at 10:49 am

Dzieki za wyczerpujaca wypowiedz i interesujaca lekcje historii.

Prof. Goralczykowi nie dziwie sie, podobnie jak i innym owczesnym studentom z Polski, ktorzy mieli okazje studiowac w Chinach – to byly ich mlode lata, przygoda w egzotycznym kraju, a ten okres zycia zawsze we wspomnieniach wypada najlepiej…:)

Z drugiej strony moge sobie wyobrazic, ze zerwanie stosunkow miedzy ZSSR i Chinami rzucilo sie cieniem na rozwoj kadry sinologicznej w Polsce.

Nie przekonuje mnie jednak to, co piszesz o Kajdanskim, bo mam wrazenie, ze obsadzanie stanowisk na zagranicznych placowkach dyplomatycznych nigdy nie bylo scisle powiazane ze znajomoscia kultury, specyfiki czy jezyka danego kraju przez kandydata – i tak jest zdaje sie do dzis.

Sinolodzy lat 70tych i 80tych wydaja sie byc niestety ofiarami samych siebie – kiedy barter na linii Polska-Chiny rozwijal sie calkiem niezle, gdy do Chin zaczely przyjezdzac grupy polskich studentow, oni – stracone pokolenie – spogladali na wszystko z gory, z doza strachu przed nowym. Nic wiec dziwnego, ze wielkiego postepu sinologia wowczas nie dokonala. Zreszta do dzis trwa naprawianie tej luki – byc moze kiedys doczekamy sie powaznych prac, pisanych przez nowe pokolenia sinologow, powstania kierunkow takich, jak Modern Chinese Studies, etc.

Ciekawe, co piszesz o konsulacie w Kantonie i jego zamknieciu. Mialem wrazenie, ze placowka dzialala nieprzerwanie od zalozenia w 1955 roku. Kiedy zatem ja zamknieto i otwarto na nowo?

Wpis w Wikipedii bardzo interesujacy – jak widzisz, nie na darmo stworzony – gratulacje!

Konrad Godlewski21 czerwca 2010 at 8:55 am

O zamknięciu placówki w Kantonie czytałem w którejś z książek Kajdańskiego – niestety nie pamiętam dokładnie w której, bo przeczytałem chyba wszystkie. A może sam mi o tym mówił?

Ciekawostka: pan Edward swój pobyt zbeletryzował! Kilka lat temu wydał na poły autobiograficzną powieść pt. „Tybetańska księżniczka”, którą podpisał nazwiskiem – bodaj swego wuja – Aleksander Franchetti. Jest tam młodość w Harbinie, praca konsula w Kantonie, trochę szamańskiej magii i… trzecia bomba atomowa, która spadła na Japonię, ale nie wybuchła. Naprawdę niezła powieść, szkoda, że tak mało w Polsce doceniona.

Co do Wikipedii, to kiedy tam wkroczyłem była terenem kompletnie dziewiczym. A teraz powstał portal Chiny i uformowała się cała grupka wikipedystów, którzy regularnie dodają nowe hasła. To im się należą brawa.

dawidjuraszek23 czerwca 2010 at 4:20 am

Kunstler zmienił zdanie, i to dość nagle. Jeszcze w przedmowie do Syna smoka (wydanie z 2000 r.) pisał, że zdecydował się na konsekwentne stosowanie „polskiej transkrypcji” m.in. z powodu powszechności jej stosowania w „poważnych publikacjach” (stąd na okładce Sy’ma Ts’ien). Już jednak rok później w przedmowie do Mitologii chińskiej pisał, że cały świat stosuje dziś pinyin i nie ma powodu czynić inaczej.

Konrad Godlewski24 czerwca 2010 at 1:15 pm

Dzięki. Poprawiam ostatnio hasło polskie transkrypcje języka chińskiego. Uwagę o zmianie poglądów ś.p. profesora już dodałem.

Jarek Zawadzki25 czerwca 2010 at 7:37 pm

Nam na zajęcia Kunstler mówił ze zastosował polska transkrypcje żeby miec do dyspozycji hia i sia, co sie przydawało gdy napotykał na dwa rozne znaki o wymowie współczesnej xia

Feanaro29 czerwca 2010 at 5:02 pm

Szanowny Panie Konradzie,
KSNG staje się coraz bardziej kuriozalne… Na ostatnim posiedzeniu kilka dni temu zlikwidowali nazwy „półwysep Liaotuński”, „półwysep Szantuński”, „Tien-szan” oraz „Sinkiang”. Myliłby się jednak ten, który liczył na upragnioną pinyinizację. „Spece” z KSNG pozmieniali te nazwy kolejno na: Liaotung, Szantung, Tienszan i… Sinciang (http://www.gugik.gov.pl/komisja/pliki/zmiany_egzonimow/zmiany_egzonimow_na_51_posiedzeniu.pdf).

Konrad Godlewski29 czerwca 2010 at 10:21 pm

Za parę lat zamienią Sinciang na Xinjiang, „bo tak piszą na całym świecie”. Odwieczne prawo biurokracji mówi, że struktura raz powstała próbuje podtrzymać swe istnienie za wszelką cenę. Robienie w kółko tego samego to jedna z metod.

Mogę mieć tylko złośliwą satysfakcję. Założyłem kiedyś na wikipedii hasło Xinjiang, które pewnego dnia ku mojemu największemu zdumieniu zamieniło się na Sinkiang. Kiedy zaprotestowałem, pouczono mnie, że wikipedia przestrzega standardów KSNG. A teraz hasło znów trzeba było zmienić.

Głupiego robota ulega więc multiplikacji. Gdyby policzyć ile czasu tracą wolontariusze Wikipedii na zmienianie „Półwyspu Szantung” na „Szantung” i podobnego rodzaju idiotyzmy, to wyjdzie na to, że w tym samym czasie mogliby stworzyć setki nowych haseł.

Ale członkowie KSNG nie biorą pieniędzy za uszczęśliwianie ludzkości.

Maciej St. Zięba31 sierpnia 2010 at 3:57 pm

Konrad,
Gdzie są poprzednie odcinki „Translatoryki ludowej”? Tu masz odcinek 7, ale Google nie podaje nigdzie innego, niż 7.
Zaciekawilo mnie to bardzo, z powodow, jakie znasz. Nb. w „dyskusji szablonu…” napisalem dluzsza dyskusje z Twoimi tezami o powojennej polskiej transkrypcji chinskiego – po przeczytaniu powyższej dyskusji jestem coraz bardziej przekonany, ze winowajcą całego zamieszania jest M.J. Kunstler.
Maciek (noychoH)

Konrad Godlewski1 września 2010 at 3:58 am

@Maciek
Piękna robota! Ulegam sile argumentów. Oczywiście, że trzeba poprawić, a informacje na których się oparłem – z innych tłumaczeń, wzmiankujących I wyd. PKPK – były najwidoczniej nieprecyzyjne. Z tego co piszesz, co transkrypcja z „PKPK” to faktycznie Jabłoński II w najczystszej postaci.
Niemniej upieram się, że istnieje wersja „ulepszona” przez prof. Kunstlera poprzez odejście od e z daszkiem czy wprowadzenie duplikacji spółgłosek. Nie wiem, czy zasługuje ona na odrębne potraktowanie, czy tylko wzmiankę przy JII. Nie wiem również, kiedy dokładnie się ona pojawiła – czy przy „Dialogach”, czy też jeszcze wcześniej.
Niestety, przez najbliższe dwa tygodnie nie będę się mógł tym zająć. Zapraszam do przeorania hasła, które jest wszako naszym wspólnym dziełem.
Pozdrawiam,
K

PS Cykl nazywa się „Jak pisać o Chinach i nie zwariować”. Pod notką jest odnośnik.

Maciej St. Zięba1 września 2010 at 4:41 pm

@Konrad,

dzieki za info i mile slowa. Jak juz wczesniej pisalem, tak i teraz zgadzam sie z konkluzja, ze Kunstler cos sam zrobil, ale namieszal i przypisal to komus innemu (moze nawet „w dobrej wierze”? chinscy tworcy apokryfów tez wierzyli, ze przypisujac swoje dziela swoim mistrzom dodadza im chwaly). Tylko ze nie jest to juz transkrypcja „sinologów z 53″ tylko „Kunstlera pozniejsza” lub moze z udzialem kolegow, wiec „sinologow warszawskich po 1957″. Poniewaz wspominanan duplikacja samoglosek/spolglosek pojawia sie rzadko (podaj znane Ci zrodlo), wiec moze byla tylko efemerycznym wymyslem Kustlera? W obszernej tabeli w Encyklopedii mądrości Wschodu, Kunstler nie wymienia podwojeń.

Zanim zabiore sie do poprawiania mam kilka innych pilnych spraw, to moze jeszcze chwile poczekac. Najwazniejsze ze znalezlismy konsensus. A ze nad Kunstlerem trzeba chwile jeszcze popracowac, więc akurat w sam raz.

Maciek

PS. Jabłoński I, nie Jabłoński II.

To, co tygrysy lubią najbardziej

Wstukaj komentarz. Możesz używać HTML, łącznie z linkami.
Następnie kliknij "wstaw komentarz".
Twój wpis będzie widoczny po odświeżeniu strony.

Podgląd: