W strasznych Chinach straszni Chińczycy

Bardzo ciekawy i trochę niepokojący tekst napisał w „Tygodniku Powszechnym” Robert Stefanicki. Teza: Chińczycy wyprą Rosjan z roli dyżurnych szwarccharakterów.

Robert oparł się na jednym kazusie: remake’u „Czerwonego świtu” z 1984 roku. W pierwotnej wersji, film opowiadał o sowieckiej inwazji na Amerykę. W wersji nowej, która ma wejść na ekrany tej jesieni, najeźdzcy na USA są Chińczykami.

To świetny pretekst, by opisać współczesne lęki:

Chiny przerażają innością. Żadna cywilizacja nie była Zachodowi bardziej obca. Starożytni Egipcjanie przyjęli kulturę grecką i rzymską, pierwotni Amerykanie dali się wyrżnąć w pień, muzułmanie wyrośli z judeochrześcijaństwa, z Indusów zrobiono służących. A Chińczycy? Kolonizacja ich nie zmieniła. Mówią i piszą niezrozumiale, jedzą pałeczkami, nie wierzą w Boga i nigdy nie wiadomo, co się kryje za ich służbowym uśmiechem.

Powody tych lęków wypływają z bieżącej sytuacji geopolitycznej:

Przez ostatnie 400 lat Zachód nie miał do czynienia z niezachodnim krajem, który posiada wpływ na świat. Psychicznie to trudne do zniesienia. „Zmiany spowodowane wzrostem Chin będą większe niż te wywołane odkryciem Ameryki w 1492 roku”, pisze w ”Asia Times” Francesco Sisci. „Dla Zachodu, a w szczególności dla Europy, oznacza to koniec świata skoncentrowanego wokół nich. To jak upadek Imperium Rzymskiego”.

I jeszcze bardzo trafna puenta:

Kiedy na ekrany wchodził pierwszy „Red Dawn”, Zachód zmagał się z wysokim bezrobociem, inflacją i z lękiem obserwował ekonomiczne zagrożenie z Japonii i militarne z ZSRR. Ale czerwony świt nigdy nie nadszedł, kolejna dekada płynęła mlekiem i miodem. Tym razem albo kraje zachodnie postawią na nogi swoje gospodarki i udowodnią własnym przykładem, że demokracja się opłaca – albo niech się biorą za naukę chińskiego.

Wszystko się niby zgadza, ale jeden „Czerwony świt” nie czyni czerwonej wiosny.

Jeśli się przyjrzeć popkulturowym wyobrażeniom Chin na Zachodzie, to wyłania się obraz niejednoznaczny. W Hollywood jedyny wyrazisty przykład straszenia Chinami, jaki sobie przypominam, to „Red Corner” (1997) z Richardem Gere – film nieudany, który zebrał kiepskie recenzje.

Chiny pojawiały się też w zestawie z Tybetem. W doskonałym „Kundunie” oraz takich sobie „Siedmiu latach w Tybecie” chińscy najeźdźcy są ukazani z całą surowością. Ale to było dekadę temu. Po olimpiadzie sytuacja polityczna wokół Dachu Świata i pozycja negocjacyjna rządu Dalajlamy uległy pogorszeniu, lecz w Hollywood jakoś nikt tego nie zauważa. Ba, w filmie „2012″ Chińczycy są przedstawiciele jako zbawcy świata – konstruktorzy nowej Arki Noego (a w zasadzie dwóch arek).

Mało tego, we wszystkich niemal hollywoodkich superprodukcjach pojawia się wątek chiński, zazwyczaj przychylny, bo obliczony na pozyskanie masowego widza. Jak już pisałem, w „Avatarze” sięgnięto po chińskie krajobrazy. W remake’u „Dnia, w którym stanęła Ziemia”, kosmita przybywający unicestwić ludzką cywilizację (bo ta jest zła i nieekologiczna), spotyka swego krajana, przybyłego na Błękitną Planetę przed laty. Kosmita wcielił się w Chińczyka i sądząc po wieku musiał przeżyć  piekło rewolucji kulturalnej. Mimo to, postanawia umrzeć razem z rodzajem ludzkim.

W finale „Piratów z Karaibów” mamy unicestwienie statku Kampanii Wschodnioindyjskiej – scena miła nie tylko Chińczykom, ale i Indusom. W nadchodzącym remake’u „Karate Kida” wszystko co japońskie, staje się chińskie.

W grach komputerowych obraz jest równie niejednoznaczny. Z jednej strony mamy chińskie zombiaki (pamiątka po inwazji na USA) w Falloucie 3 i chińskie triady – w dodatku pod wodzą komputera – w Falloucie 2. Z drugiej strony, w „Command & Conquer: Generals” Chiny stają się aliantem USA w wojnie z terrorem islamskim, zaś gra „Jade Empire” odkrywa dla zachodniej RPG chińską subkulturę wuxia.

Nawet w literaturze się zmienia. Po latach wydano u nas kryminały Roberta van Gulika, wznowiono „Sprawiedliwe wyroki sędziego Bao Gonga” czy „Mnichów Czarnoksiężników” Pu Songlinga. Fale zainteresowania widać w literaturze kobiecej, a nawet w fantastyce – vide np. „Bursztynowe Królestwo„.

Jeżeli miałbym oceniać, jak zmienia się wizerunek Chin w ostatnich latach, to uważam, iż raczej się poprawia, niż pogarsza. I rację ma pewnie Piotr Gillert, który przewiduje, że niedługo chińskie Święto Wiosny na trwałe wpisze się do naszego kalendarza, tak jak wcześniej Walentynki czy Halloween.

wykop.pl

Komentarze (7)

hxx7 lutego 2010 at 4:31 pm

Heh, czasem Chińczycy mnie pytają, czy my też mamy chiński Nowy Rok. póki co zaprzeczam…

Ewa10 lutego 2010 at 3:31 pm

Póki co… może nie należy zaprzeczać – właśnie w ostatnią sobotę byłam na spotkaniu z okazji chińskiego Nowego Roku, organizowanym przez osoby ćwiczące w Warszawie tai chi. Podobno takie noworoczne spotkania odbywają się od kilku lat (ja ćwiczę tai chi od paru miesięcy) i – żeby było śmieszniej (?) – na spotkaniu byli sami Polacy : )

Kemie14 lutego 2010 at 12:28 am

O ile dobrze pamiętam, to w filmie Czerwony Świt agresorem była Kuba, która okupowała Stany Zjednoczone. Filom ten powstał mniej więcej w tym czasie, kiedy największym zagrożeniem dla niepodległości USA była Grenada.

Konrad Godlewski14 lutego 2010 at 3:58 am

Kubańczy są, ale jako alianci ZSRR. Film nie pozostawia wątpliwości, kto kieruje inwazją – są portrety Breżniewa i napisy cyrylicą w okupowanych miastach.
Ciekawe, że w wojnie z Rosjanami sojusznikiem USA są… Chińczycy.

Oio14 lutego 2010 at 1:25 pm

Co do tego Fallouta… Juz pierwsza czesc, w bodajze 1996 roku przedstawila nastepujacy scenariusz: kryzys paliwowy sprawia, ze swiat sie dzieli na wrogie obozy. USA dokonuja aneksji Kanady, pare lat pozniej rozpoczyna sie wojna atomowa totalnie niszczaca cywilizacje. Nie wiadomo kto zaczal – wiadomo, ze atomowki ktore spadly na USA pochodzily z Chin. Pozniej ten chinski motyw pojawia sie w Falloucie kilkukrotnie. Np: w San Francisco jest spora kolonia Chinczykow, ktorych lodz podwodna zostala wyrzucona na brzeg gdzies nieopodal.

Konrad Godlewski15 lutego 2010 at 9:46 am

No właśnie o tym piszę: postapokaliptyczne San Fran to miasto triad, zamieszkane przez potomków marynarzy z chińskiego u-bota (to aluzja do „Ostatniego brzegu”; uwielbiam Fallouta za to nagromadzenie aluzji). A komputer, który nimi rządzi nazywa się Qin Shi Huangdi…

[...] kolei “Guardian” bierze na warsztat remake “Czerwonego świtu” i pisze o amerykańskich lękach. W filmie Chiny biorą amerykańskie problemy ekonomiczne za [...]

To, co tygrysy lubią najbardziej

Wstukaj komentarz. Możesz używać HTML, łącznie z linkami.
Następnie kliknij "wstaw komentarz".
Twój wpis będzie widoczny po odświeżeniu strony.

Podgląd: