Biała twarz Fu Manchu

Trudno w to uwierzyć, ale na Zachodzie był taki czas, kiedy Chińczyków i Tybetańczyków wrzucano do jednego worka. Oba narody były równie „złe”, budziły ten sam lęk, tę samą odrazę.

Takie nastawienie musiało panować jeszcze w latach 60., kiedy rozpoczęto zdjęcia do nowej serii filmów o przerażającym Fu Manchu. Był to schińszczony mandżurski artystokrata, który poparł antyzachodnie Powstanie Bokserów (1899-1901). I tak mu już zostało: Fu Manchu kieruje rozległym syndykatem zbrodni, zorganizowanym skutecznie niczym chińska triada.

Fu Manchu

Angielski pisarz Sax Rohmer, który wymyślił postać diabolicznego Azjaty w 1912 roku, dobrze wyczuł nastrój czasów. Rebelia bokserów plus zwycięstwo Japończyków w bitwie pod Cuszimą dały ludziom Zachodu wiele do myślenia. Na początku XX wieku furorę zrobiło określenie „żółte niebezpieczeństwo”, użyte po raz pierwszy w 1895 roku przez cesarza Wilhelma II Hohenzolerna. Pojawił się wówczas lęk, że azjatyckie hordy się zbuntują i przybędą do Europy na masowy kęsim. A Fu Manchu to właśnie żółte niebezpieczeństwo we własnej osobie.

Przekonałem się o tym oglądając „Twarz Fu Manchu” (The Face of Fu Manchu, 1965).

Kluczowę rolę w filmie pełni pewien trujący kwiat z Tybetu. Fu Manchu używa wyciągu z rośliny, by terroryzować Londyn. Kiedy jego plany zostają udaremnione, ucieka do zaprzyjaźnionej lamaserii na Dachu Świata. Biali bohaterowie podążają jego śladem i nie miejscu nie mają wątpliwości, co zrobić z gniazdem azjatyckiego plugastwa: wysadzają je w jasną cholerę.

Jak możemy przypuszczać, razem z Fu Manchu giną pomagający mu mnisi oraz ich posągi i święte zwoje. Rok po nakręceniu „Twarzy Fu Manchu” wybuchnie rewolucja kulturalna, w czasie której z grubsza to samo  w Tybecie zaczną robić Chińczycy.

Kolejnym zaskoczeniem jest fakt, iż w filmie role Azjatów odgrywają biali. W Fu Manchu wcielił się Christopher Lee, późniejszy cyngiel Scaramanga („Człowiek ze złotym pistoletem”), hrabia Dooku („Gwiezdne wojny”) oraz czarnoksiężnik Saruman („Władca pierścieni”). By upodobnić go do Mandżura, pomalowano mu twarz jakimś żółtym fluidem i pogrubiono powieki tak, by opadały ciężko na oczy. W podobny sposób przerobiono zresztą pół obsady, a jedyną azjatycką aktorkę zatrudniono do roli córki Fu Manchu.

Innym denerwującym wątkiem są kostiumy, będące jakąś chorą fantazją. Najbardziej ubawiły mnie habity tybetańskich mnichów, które jako żywo przypominają ufarbowane na żółto stroje hiszpańskiej inkwizycji. Ale kto w latach 60. wiedział, jak wygląda tybetański lama?

Nie ma się co dziwić, że dziś już mało kto przypomina to kino. Po prostu nie pasuje ono do teraźniejszej politycznej poprawności. Rola złych w zachodnich filmach przypada dziś zmitologizowanym nazistom, środokowowschodnim terrorystom, względnie – siłą inercji – Rosjanom, zazwyczaj powiązanym z mafią.

Tybetańczycy są już dobrzy (przynajmniej od czasu, gdy Dalajlama dostał Pokojowego Nobla), a co ciekawe coraz lepsi stają się również Chińczycy. Zaświadcza o tym „2012″ Emmericha.

A jeżeli ktoś dziś przypomina Fu Manchu, to tylko dla totalnej zgrywy. Ta swastyka w stylu chińskim to po prostu majstersztyk!

wykop.pl

Komentarz (1)

[...] odgrywa Polka, dzięki czemu cofamy się o całe dekady, do czasów, gdy Christopher Lee odgrywał złowrogiego Fu Manchu. Kurde blaszka, naprawdę tak trudno było znaleźć Wietnamkę w [...]

To, co tygrysy lubią najbardziej

Wstukaj komentarz. Możesz używać HTML, łącznie z linkami.
Następnie kliknij "wstaw komentarz".
Twój wpis będzie widoczny po odświeżeniu strony.

Podgląd: