Rozmawiajcie z Chińczykami jak przyjaciele
Co myśleć o chińskiej rozprawie z Tybetem? Oglądając pacyfikację Lhasy mamy wrażenie deja vu, tym bardziej, że właśnie mija okrągła rocznica marca 1968.
Nie napiszę o tym, że Ribitzky ma rację zwracając uwagę na hipokryzję Zachodu. Nie napiszę o ludziach, którym chce się chodzić na demonstracje i walczyć o cudze prawa, także u naszych władz. Nie napiszę o dziwnym milczeniu papieża Benedykta XVI, który dotąd punktował co większe naruszenia pokoju i praw człowieka na świecie, a teraz jakoś dziwnie nabrał wody w usta. Może mu trochę wstyd, że w listopadzie nie przyjął XIV Dalajalamy, a jego religię nazwał kiedyś „duchowym autoerotyzmem”?
Chciałem poruszyć całkiem inny temat.
Otóż po moim ostatnim poście wysoki zamek zapytał: A jak się Pan odnosi do publikowania przez pańską firmę tego typu artykułów w dzień po masakrach w Tybecie: <link>. Czy nie uważa Pan że w dzień po zamieszkach publikowanie tego typu wrzutków, ewidentnie podkupionych przez CHRL jest zgodne z etyką dziennikarską? Zna Pan Marcina Wesołowskiego? Może mu pan ode mnie przekazać wyrazy szczerej pogardy?
Odpowiadam: nie znam Marcina Wesołowskiego, więc mu nic nie przekażę. Ale decyzji o publikacji tego materiału będę bronił, choć to nie ja ją podjąłem. Bo Chiny to faktycznie inny świat.
Sam też uczyłem przez chwilę angielskiego w Changzhi, prowincjonalnym mieście w prowincji Shanxi. Czułem się tam jak murzyn w PRL i musiałem przyznać rację Włodzimierzowi Kalickiemu, który w książce „W domu smoka” zauważył, że przeciętny cudzoziemiec widzi w Chinach tylko to, co chcą by zobaczył.
Większość Chińczyków nie mieszka wcale w Pekinie czy Szanghaju, gdzie lao-łaje (cudzoziemcy) kręcą się całymi tabunami. W Changzhi ludzie mało karków sobie nie poskręcali oglądając się za mną, a personel hotelu, w którym nocowałem, śledził mój każdy ruch. Byłem się jak Leoncio z „Niewolnicy Izaury” na wakacjach w DW w Ciechocinku – oto przybysz z krainy telewizji spadł znienacka na spadochronie.
Moi uczniowie zdębieli na widok bladej twarzy, trafiło się jednie kilku odważnych, którzy zdobyli się na odwagę by do mnie zagaić. Bardzo dziwili się, kiedy im mówiłem, że angielski nie jest moim językiem ojczystym, bo w Polsce mówi się po polsku. W głowie im się nie mieściło, że w Europie mogą być jakieś inne języki niż angielski albo rosyjski.
No dobra, ale co ma do tego Tybet? Już klaruję: ci ludzie nie widzieli na oczy białego, więc skąd mają wiedzieć jaka jest sytuacja w Tybecie? Dach Świata też znają tylko z chińskiej telewizji i szkolnych czytanek, gdzie napisano o wyzwoleniu Tybetańczyków spod jarzma feudalizmu. Kropka.
Tacy ludzie, jak Wesołowski, wykonują w Chinach kawał dobrej roboty. Bo pozwalają tubylcom poobcować z zupełnie innym światem, inspirują do odkrywania tego, co nieznane. Przez sam fakt, że się w ogóle tam pojawili i przestali być anonimowymi bai-guejami, a stali się znani z imienia jako Make (Marek), Yuehan (Jan) czy Kaxia (Kasia). Ich obecność to dysonans poznawczy, który od kilkunastu lat popycha Chiny do przodu. Bo Chińczycy pytają: w czym ONI są od nas lepsi, skoro upokorzyli nas podczas wojen opiumowych i stworzyli nowocześniejszą gospodarkę i naukę? Wierzę, że to rozumowanie doprowadzi kiedyś Chiny do pytania o prawa człowieka, a szczególnie prawa mniejszości.
Dlatego nie dziwię się Dalajlamie, który potępił to, co Pekin wyprawia teraz w jego ojczyźnie, odrzucając jednocześnie możliwość bojkotu sierpniowych igrzysk. Dalajlama był w Chinach zaledwie przez moment, kiedy zabrano go do Mao Zedonga by podpisał niesławną siedemnastopunktową ugodę. A jednak rozumie on, jak długą drogę ma jeszcze do przejścia naród chiński. I że w tej drodze my, ludzie z zewnątrz, możemy Chińczykom pomóc.
Tym wszystkim, którzy uważają, że jestem naiwny, dedykuję rozmowę z Tseringiem Tashim, wysłannikiem Dalajlamy i rządu na wychodźstwie. Przeprowadziłem ją na miesiąc przed wybuchem buntu w Tybecie, ale myślę, że nadal jest aktualna. I mam wrażenie, że więcej w niej chrześcijaństwa, niż w stosunku, jaki papież Benedykt przejawia wobec do buddyzmu…
Konrad Godlewski: Co zwykły Chińczyk wie o Tybecie? W Wielkiej Brytanii, gdzie pan urzęduje jest kilkadziesiąty tysięcy studentów z Państwa Środka.
Tsering Tashi: Kiedy przygotowuję wystąpienia o Tybecie na brytyjskich uniwersytetach, organizatorzy często uprzedzają mnie, że przyjdą wrogo nastawieni Chińczycy. Z takimi ludźmi staram się rozmawiać, odpowiadam na wszystkie ich pytania. Chińczycy z chińskich mediów wiedzą tyle, że Tybet jest częścią Chin, a w 1950 roku został wyzwolony spod feudalnej władzy.
Opowiadam im wtedy o historii. Były bowiem takie czasy, że to Tybet był potęgą, najeżdżał i okupował chińskie ziemie. Opowiadam im o ludziach, którzy dziś uciekają przez Himalaje i proponuję im się zastanowić, dlaczego to robią.
Rozmawiam z nimi wreszcie o maskarze w Pekinie w 1989 roku. Ty i ja pragniemy tego samego – tłumaczę – wolności i szczęścia. Opowiadam wreszcie o moich rodzicach, którzy zginęli na skutek chińskiej inwazji, kiedy miałem pięć lat. Wówczas Chińczycy pochylają głowę i okazują mi sympatię, ściskają dłoń.











































Chyle czola bo tak trudno tu o obiektywizm. Zadaniem dziennikarza jest obiektywizm a rozumiem jak trudno jest zachowac obiektywizm dziennikarski w stosunku do Chin, wobec ktorych trudno byc obojetnym.
Rozumiem Tybetanczykow, mam wsrod nich znajomych i wiele razy plakalam po ich opowiesciach o ucieczkach, represjach, rozdzielonych rodzinach.
Rozumiem zwyklych Chinczykow, mieszkalam w Chinach rok, mam wielu znajomych Chinczykow i wiele razy na lekcjach chinskiego (na chinskim uniwerku) opowiadalam o Tybecie nauczycielom, ktorzy nie mieli o nim najmniejszego pojecia, nie znali historii Tybetu, wspolnej histori Tybetu i Chin. Rozmawialam spokojnie i rzeczowo.
W Polsce dzwonie, pisze w sprawie Tybetu bo czuje ze musze, potem napisze do znajomej Chinki i z nia o tym porozmawiam. Nie demonizujmy Chin, rozmawiajmy z nimi i zmieniajmy Chiny, pod ambasada krzyczymy tez „wolne Chiny!” bo Chinczycy tez chca wolnosci, moze nieco inaczej ja pojmuja bo inne maja doswiadczenia historyczne, ale bicie palka zawsze boli tak samo, bez wzgledu czy ma sie poglady kapitalistyczne czy komunistyczne. Chiny ida dobra droga, czasem bladza, jak teraz odcinajac Tybet od swiata, jak uprawiajac swoja nowomowe, jak blokujac internet i trzeba im o tym powiedziec.
Badzmy obiektywni i za to KG bardzie dziekuje. To jest wlasnie dobre dziennikarstwo. Oby tak dalej.